Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 237 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Relacja z Rio de Janeiro

czwartek, 06 marca 2008 2:43
Na początku lutego ja, Andy, Tony, Barb, Linda (jedna z host mam) i Cindy (Lokalna Koordynatorka) wybraliśmy się na wycieczkę do Brazylii. Było to możliwe, ponieważ Tony był zaproszony na konferencję dla Lokalnych Koordynatorów i mógł wziąć ze sobą kilka osób. Więc bardzo podekscytowani pojechaliśmy na lotnisko.

Podróż trwała wieczność. Sumując czas spędzony na siedzenie na lotnisku i same loty znaleźliśmy się w Rio de Janeiro po 21 godzinach. Użyliśmy lonii lotniczych American Airlines, których osobiście nie lubię, ale tym razem nie było tak źle. Mieliśmy trzy loty: pierwszy z Seattle do Dallas w Teksasie, drugi z Dallas do Sao Paolo w Brazylii i trzeci z Sao Paolo do Rio de Janeiro. Więc kiedy wreszcie dojechaliśmy do hotelu Sheraton, byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Ale przewodniczka poradziła nam, żeby jeszcze trochę popościli, bo czekała nas wspaniała kolacja.

I rzeczywiście, opłaciło się poczekać! Pojechaliśmy do restauracji, w której najpierw mogliśmy wybrać ze stołu szweckiego sałatki, zupy i inne potrawy, a kiedy usiedliśmy do stołów, bardzo sympatyczni kelnerzy chodzili po całym lokalu i roznosili mięso. Mieli oni długie metalowe "szable", na które były nabite rozmaite rodzaje mięs - od wołowiny, poprzez kurczaka i wieprzowinę, po cielęcinę i koninę. Wszystko było wyśmienite! Pierwszy raz przeżyłem kolację w takiej formie. Brawa dla Brazylijczyków! :))

Drugiego dnia pojechaliśmy, a właściwie popłynęliśmy na wyspepkę Na Oceanie Atlantyckim, która należała do pewnego starego Włocha. Tam zjedliśmy lunch i mogliśmy popływać. Właściciel wyspy specjalnie dla nas przygotował makaron z sosem, który był naprawdę dobry (jak to makaron przygotowany przez Włocha). Mieliśmy też szansę wyskoczyć z łodzi na której przypłynęliśmy do wody, co nie zdarza się często. Ale ja trochę źle się czułem - czyba mam chorobę morską.

Trzeciego dnia ja i Andy nie mieliśmy bardzo napiętego planu, bo Tony miał jedną z jego konferencji. Więc poszliśmy na słynną plażę Copacabana i tam spędziliśmy większość dnia. Trafiliśmy na olbrzymie fale - aż Andy zgubił swoje gogle, kiedy jedna z nich w nas uderzyła. Woda w Oceanie Atlantyckim jest bardzo słona, tak słona że po jakimś czasie zrobiło nam się niedobrze i nasze włosy były bardzo sztywne. Ale było bardzo fajnie.

Czwartego dnia wybraliśmy się na Sugar Loaf Mountain, wielką górę która była też bardzo dobrym punktem widokowym. W samego wierzchołka góry mogliśmy zobaczyć praktycznie całe Rio de Janeiro. Wieczorem pojechaliśmy do kolejnej brazylijskiej restauracji, a tam czekała nas niespodzianka - pokaz Riowskiego Karnawału! Była orkiestra, tancerze i oczywiście piękne kostiumy. Po pokazie tańczyliśmy razem z tancerzami - Andy, który przez 3 lata uczył się tańczyć, zatańczył sambę z jedną z profesjonalnych tancerek - była bardzo zaskoczona, że jeden z turystów umie tańczyć sambę.

Ostatniego dnia pojechaliśmy odwiedzić jeden z siedmiu cudów świata - wielką statuę Jezusa Odkupiciela. Ogrom posągu zaparł nam dech w piersiach! Było to też dla mnie przeżycie duchowe.

Odwiedziliśmy też Hipisowski bazarek (to nie ja wymyśliłem nazwę), na którym kupiliśmy pamiątki. A potem wróciliśmy do szarego, zimnego Washinton...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Egzaminy końcowe i zamiana mieszkania

piątek, 01 lutego 2008 7:27
W mojej szkole pod koniec każdego semestru wszyscy uczniowie piszą ezgaminy końcowe ze wszystkich przedmiotów. Szkoła przeznacza na to dwa dni, co w zupełności wystarcza. Są to dwa ostatnie dni pierwszego semestru. Na początku mieliśmy z Tonym plan, że pojedziemy do Kalifornii akurat podczas tych egzaminów, ale jak dowiedziałem się że będę musiał wszystko zaliczyć przed oficjalnym terminem, postanowiłem zostać w Washingtonie. Udało mi się przekonać Tony'ego, żebym na czas kiedy on i Andy będą w Kalifornii ja mieszkał u jednego z moich amerykańskich przyjaciół, kolegę z chóru, Colby'ego. Spędziłem tam super tydzień: poznałem jego mamę, która okazała się bardzo miłą i ciepłą osobą i okazało się, że Colby ma prawie takie same zainteresowania jak ja. Było to też bardzo ciekawe doświadczenie - mogłem poznać bliżej nie tylko kulturę amerykańską, ale też kulturę amerykańskich nastolatków.

A egzaminy poszły mi bardzo dobrze, powiedziałbym że znakomicie. Ale wyników jeszcze nie otrzymałem. Po pierwszym semestrze mieliśmy tylko jednodniową przerwę - zero ferii. A w nowym semestrze wybrałem kilka nowych przemiotów:


1. World Cultures 1 (coś jak geografia)

2. U.S. History 2 (historia)

3. Theatre Production Intro (teatr)

4. PE (wf, ale dziwny, patrz niżej)

5. Concert Choir (chór)

6. German 2 (niemiecki)


Ten wf jest zupełnie inny, niż w Polsce. Semester jest podzielony na 18 tygodni. Pierwsze 6 tygodni będziemy pływać na basenie, następne 6 tańczyć (?) a ostatnie 6 będą wszystkie dyscypliny zintegrowane. Ciekawi mnie ten taniec. Zostawiłem chór, historię i niemiecki bo bardzo lubię te przedmioty.

Prawdopodobnie w niedługim czasie napiszę coś, a tym czymś będą moje oceny semestralne, może z drobnym komentarzem. Więc czekajcie z niecierpliwością...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Narty!

wtorek, 22 stycznia 2008 7:56
21 stycznia w Stanach Zjednoczonych jest święto narodowe na cześć Martina Luther Kinga Jr, więc mieliśmy trzydniowy weekend. Z tej okazji pojechaliśmy z innymi exchange sudentami na narty do Steven's Pass we wschodnim Washingtonie.

Wycieczka była super! W sobotę wstaliśmy około ósmej rano i jechaliśmy trzema vanami (pojechało 40 osób) prawie przez cały dzień, ale było warto. Po drodze mieliśmy wypadek: jakiś gość stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w jeden z vanów, ale na szczęście nic nikomu się nie stało. Jak podsumowaliśmy - samochód zawsze się da naprawić, ale osoby nie. Wieczorem dojechaliśmy na stok narciarski. Zapłaciliśmy nioespodziewanie mało za bilet wieczorny (10 dolarów) ale nie było najlepiej: wyciągu nie było, tylko szybko przesuwająca się lina, którą trzeba było złapać, żeby dostać się na szczyt. Po paru nieudanych próbach i paru rozwalonych rękawiczek dowiedzieliśmy się, że powinniśmy się zaopatrzeć w odpowiedni sprzęt, czyli ochraniacze na rękawiczki (glove protectors), za co musieliśmy zapłacić 6 dolarów. To prawie tak jakby ktoś sprzedawał słone orzeszki bardzo tanio, ale wodę żeby popić drogo. Ale i tak było fajnie, bo byli fajni ludzie. O ósmej wieczorem szlak zamknięto i udaliśmy się do naszego tymczasowego domu, małego kościoła. Tam zjedliśmy kolację i poszliśmy spać (nie było zbyt wygodnie, część z nas musiała spać na podłodze).

Następnego dnia pojechaliśmy do Steven's Pass i muszę powiedzieć, że warto było zapłacić za bilet dobowy 34 dolary. Warunki pogodowe były idealne, zero śniegu i zero wiatru, temperatura 10 stopni poniżej zera, nawet buty narciarskie mnie nie uwierały - marzenie każdego narciarza. Wyciąg był taki sam jak w Szklarskiej Porębie, ale jakoś kolejki nie były takie długie - może dlatego, że nikt tak naprawdę nie sprawdzał biletów. Ale kiedy dojechało się na szczyt góry, były do wyboru cztery trasy. Były dla średnio zaawansowanych, czyli dla mnie idealne.

Jeździliśmy z Andym przez trzy godziny po czym stwierdziliśmy, że ciekawie by było spróbować pojechać trudniejszym stokiem. Niestety okazało się, że stok był za trudny, ale za bardzo powrotu nie było. Więc próbowaliśmy zjechać na sam dół. Ale ja za bardzo przyspieszyłem na górkowatym terenie i uderzyłem (lekko) w drzewo, straciłem równowagę i jedyne co pamiętam to to, że turlałem się w dół po śniegu i nie mogłem się zatrzymać. Na szczęście miałem jeden z kijków "przywiązany" do ręki, więc użyłem go, żeby się zatrzymać (wbiłem go w śnieg). Zobaczyłem, że jestem po środku bardzo stromego stoku, który był po lewej od tego, którym na początku jechałem. Miałem przy sobie tylko jednen kijek i jedną nartę. Rozejrzałem się dookoła, ale nie widziałem reszty sprzętu. Więc zacząłem się gramolić pod górę, co bardziej przypominało wspinaczkę po ścinie. Jako zabezpieczenia używałem jednej narty, którą wbijałem w coraz to wyższe punkty "ściany". Po paru minutach udało mi się dotrzeć na szczyt, czyli do miejsca, w którym uderzyłem w drzewo. Znalazłem drugi kijek, ale wciąż brakowało jednej narty. Spojrzałem w dół, ale nic nie widziałem - było już ciemno. Andy chciał mi jakoś pomóc w dostaniu się na górę wcześniej, ale powiedziałem mu, żeby się nie ruszał. I tak czekaliśmy nie wiemy nawet na co, rozglądając się za tą nartą. Bałem się, że będę musiał zapłacić 300 dolarów za tą stratę, bo narty tylko wypożyczone. Ale miałem wielkie szczęście, bo pewien młody snowboardzista widział całe zajście i postanowił mi pomóc. Zjechał z niesamowitą zręcznością w dół "przepaści" i znalazł brakującą nartę. Więc ucieszony dałem Andy'emu resztę sprzętu i zjechałem do tego snowboardzisty na tyłku. Podziękowałem mu i z tą jedną nartą zjechałem resztę drogi na tyłku. Potem znalazłem się na trasie dla początkujących i nie było wystarczająco stromo, żeby kontynuować tą przejażdżkę, więc złożyłem jedną nartę i zjechałem do Andy'ego, który już czekał przy wyciągu.

Była to super przygoda i mam nadzieję, że pojadę jeszcze na narty w tym roku. Może następnym razem będę rozważniejszy... A, i zapomniałem dodać, że pierwszą część dnia spędziłem na nauczaniu jazdy na nartach. Byłem nauczycielem dla dwóch dziewczyn z naszej grupy :)

P.S. Sorry że tak długo nie pisałem, ale jakoś natchnienia brakowało.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

...

sobota, 22 grudnia 2007 21:06
No i proszę... Rozchorowałem się. Gardło mnie boli, głowa mi pęka. Na święta! Pierwszy raz w życiu chyba. Siedzę cały czas w domu, tylko wczoraj poszedłem do kina, co mojego stanu zadziwiająco nie poprawiło. Dzisiaj mam śpiewanie kolęd po południu z chórem, ale nie wiem, czy pójdę. A nie jest to wystarczająco poważne, żeby iść do lekarza, za co musiałbym zapłacić co najmniej 50 dolarów. Dziękuję bardzo. Prawdopodobnie zaraziłem się od Barb. Andy trzyma się ode mnie z daleka. Mam nadzieję, że wyzdrowieję do świąt...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Złote myśli z pracowni matematycznej

środa, 19 grudnia 2007 21:12
Failing to prepare is preparing to fail.

People who think they know it all really annoy those of us who do.

Luck happens when opportunity meets preperation.

The trouble with computers is: they do exactly what you tell them.

O ściąganiu: What is left when honor is lost?

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

piątek, 19 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  20 807  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Cześć! Mam na imię Jarek, mam 17 lat i już od dwustu paru dni mieszkam w Tacomie w Stanach Zjednoczonych. Nauczyłem się tu płynnie mówić po angielsku, poznałem dużo przyjaciół i poznałem lepiej amerykańską kulturę. Odwiedziłem całą masę różnych miejsc i wciąż doświadczam życia ucznia liceum w USA.

Statystyki

Odwiedziny: 20807
Wpisy
  • liczba: 26
  • komentarze: 149
Galerie
  • liczba zdjęć: 16
  • komentarze: 1
Bloog istnieje od: 3820 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl